Przed premierą Zbliżeń Magdalena Piekorz miała w swym dorobku dwa filmy fabularne. Tylko dwa i aż dwa, chciałoby się dodać, gdyż debiutanckie Pręgi były jednym z najgłośniejszych polskich tytułów pierwszej dekady XXI w. i adaptacją równie głośnej powieści, zaś Senność potwierdzała niepośledni talent młodej reżyserki do wydobywania głębokich emocji z przedstawianych historii. Właśnie z powodu jakości dwóch poprzednich dzieł Piekorz, a nie z powodu jej pozycji w środowisku filmowym, wielu polskich widzów z niecierpliwością czekało na Zbliżenia.
Choć o prawdziwych problemach tej rodziny dowiadujemy się dość późno, poczucie rychłej eskalacji konfliktu towarzyszy widzom już od pierwszych minut seansu. Nerwowa, podszyta wiecznie obecnym żalem atmosfera w domu matki Marty jednoznacznie sugeruje, że w tej historii nie może być happy endu – dawne i obecne pretensje sabotują zarówno relację matka-córka, jak i świeżo rozpoczęty związek małżeński. Dużą rolę odgrywa tu Jacek, który okaże się brakującym ogniwem w tym układzie – na tyle, ile potrafi tonuje burzliwe nastroje obu bohaterek, starając się wpuścić nieco powietrza do ich niezdrowego związku. Mąż Marty okaże się jednak w interpretacji Piekorz jedynie marionetką – nawet gdy zdecyduje się walczyć o ocalenie siebie, nie będzie umiał patrzeć na wzajemne wyniszczanie się bliskich mu osób. Weźmie na siebie ciężar wyprowadzenie rodziny z kryzysu, podporządkowując się jej w zupełności.
autor: Dawid Myśliwiec
źródło: www.dzielnicewroclawia.pl



